Oklaski, ukłony, całuski, czasami kwiatek w dłoni.Rzeczywistość zespołu popremierowa. A wcześniej godziny prób, dziesiątki pomysłów, setki zdań, tysiące słów. Szukanie własnego stylu. Doświadczanie nowego. Szlifowanie formy. Motywacje i zniechęcenia. Spory i wyjaśnienia. Bójki i pojednania. Kawa i ciasteczka. Wątpliwości. Radość. Ufność. Szacunek. Emocje. Pasja.
Spotykali się i ćwierkali, i prawili dusery, i wspierali się, i polubili się, i zaczęli czuć się sobie potrzebni. Odkryli, że nie są oddzielnymi bytami, tylko zbiorowością niezwykłą, różnorodną, kreatywną, odpowiedzialną i ciekawą świata. Kilkanaście swobodnych duszyczek pieściło prawą pólkulę mózgu własnego, hasało po wyobraźni, drapało zmysły i intymnie zaglądało w zakamarki bojaźliwej wyobraźni. Powstawały skojarzenia niecodzienne, rozwiązania niebanalne, pomysły z piekła rodem. Dzielili się nimi i modyfikowali niedopracowane frazy. Podziwiali oryginalność zdań i szlachetność intencji. Kontrowali ironiczne prowokacje. Chichotali z udanych akcji. Powagą znaczyli ważne chwile skupienia. Bywało nostalgicznie i prześmiewczo. Teatr przyjmował ich otwarcie mrugając reflektorami, trzaskając oknami, zastawiając lakierowany stolik kawą , herbatą, łakociami i specjałami doświadczonej kuchni –pysznym chlebem z obkładem, plackiem z kruszonką i nadziewanymi rogalami –pycha!
Warto chyba było biec do tej premiery, modyfikując tempo biegu, przekazując pałeczkę kolejnej zmianie, przeskakując płotki trudnego zadania, obiegając zamyślonego długodystansowca, zwalniając by ten mniej odporny ukończył maraton, wybaczając nagły i niespodziewany zryw ambitnego zawodnika i oswajając trudniejszy charakter biegnącego tuż, tuż… Licząc na oklaski, ukłony, całuski, czasami kwiatek w dłoni.. bo na końcu popremierowe szaleństwo.
Bogdan Trzeźwy Żyłkowski

