Z Bogdanem Żyłkowskim rozmawia Antonina Tosiek
AT: Dwudziesta edycja, piękny, okrągły jubileusz! Część uczestniczek i uczestników pierwszych odsłon festiwalu ma już zapewne dzieci w wieku szkolnym, które same mogłyby już występować na scenach Festiwalu Młodego Teatru Wielkopolski „Dzień Dobry Sztuko”. A jak wyglądy jego początki? Skąd pomysł na taką inicjatywę?
BŻ: Historia „Dzień Dobry Sztuko” oraz poprzedzających festiwal spotkań teatralnych dla dzieci i młodzieży zrodziła się na samym początku lat dziewięćdziesiątych. Zacząłem wtedy współpracować z Domem Kultury w Suchym Lesie oraz jego dyrektorką, Urszulą Habrych, która od samego początku była dobrym duchem wszystkich naszych przedsięwzięć. To właśnie w Suchym Lesie zaczęliśmy się razem bawić w teatr, tam także powstała pierwsza prowadzona przeze mnie „Grupa Teatralna Niegrzeczne Dzieci”. Wspólnie zauważyliśmy, że potrzeba też inicjatyw kierowanych do dzieci i młodzieży oraz instruktorów, którzy chcieliby taki teatr tworzyć. Wtedy, u progu XXI wieku, dziecięcego teatru praktycznie nie było. Jeśli czegoś nie ma, a powinno istnieć, to po prostu trzeba to wymyślić.
Stworzyć od podstaw na własnych zasadach? Brzmi jak piekielnie trudne wyzwanie.
Wtedy, w latach dziewięćdziesiątych, wszystko się przekształcało. Świat wokół nas budował się zupełnie na nowo, wszyscy negowali przeszłość bez wizji tego, jak ma wyglądać przyszłość. Czyli i trzeba, i można było stworzyć coś od nowa. W 1989 roku założyliśmy Poznańską Fundację Artystyczną i działający przy niej Teatr Obok. Nawet jeśli chcielibyśmy się na kimś wzorować, nie byłoby na kim. Ciągle wychodziliśmy przed szereg. Na przykład jako pierwsi woziliśmy samochodem po ulicach miasta reklamy teatralne. My, czyli Poznańska Fundacja Artystyczna, od początku istnienia stawialiśmy sobie za cel edukację teatralną dla dzieci i młodzieży. Budzenie teatralnej świadomości w młodych aktorach i aktorkach, ale też instruktorach, który nie mieli wtedy wystarczającej wiedzy i narzędzi, żeby robić w szkołach mądry teatr.
Zaczęliśmy działać w malutkim budyneczku biblioteki w Suchym Lesie, na trzydziestu metrach kwadratowych. Od początku działy się tam rzeczy niesamowite. Wspaniale pracowało nam się z całym zespołem. To w dużej mierze zasługa Uli Habrych, która dbała o porządek, organizację, ale także atmosferę tego miejsca. Ula, z którą znam się już czterdzieści lat, jest naprawdę niezwykłą osobą. Ma w sobie niespotykaną szlachetność i prawdę. Razem zaczęliśmy robić coś zupełnie nowatorskiego, jeden z pierwszych – oprócz Wierzbaka – poznański teatr komercyjny. Graliśmy dla dzieci i młodzieży w szkołach, organizowaliśmy spotkania z instruktorami.
Czyli pewnie przeważnie z nauczycielami polskiego, historii czy muzyki, którzy chcieli robić z dziećmi coś poza klasycznymi lekcjami?
Raczej nauczycielkami! Najczęściej to przecież dziewczyny robią teatr. Świetnie potrafią łączyć stanowczość z łagodnością. Ale wtedy w szkołach robiło się teatr strasznie siermiężny. Brało się jakiś scenariusz albo wiersze z podręcznika, ławki ze stołówki i robiło przebieranki. A spotykane przez nas nauczycielki chciały czegoś więcej. Wtedy nie było żadnych szkoleń dla instruktorów teatralnych pracujących z dziećmi, więc dzięki wsparciu powiatowemu zorganizowaliśmy pierwszy taki kurs. Zależało nam, żeby instruktorki mogły wspólnie pracować, wymieniać się doświadczeniami, oglądać przygotowywane przez siebie spektakle. Większość z nich prowadziła w szkołach własne zespoły. W końcu rozwinęło się to w cykliczny, organizowany przez kilka lat, powiatowy przegląd teatrów młodzieżowych.
Od początku najbardziej zależało nam na budowaniu wspólnoty. Środowiska i atmosfery, w których chce się tworzyć. Organizowaliśmy dla uczestników i uczestniczek warsztaty aktorskie, scenograficzne, muzyczne i ruchowe. Chcieliśmy im pokazać, że nawet w takich malutkich, szkolnych zespołach można robić wspaniały teatr. I naprawdę powstawały tam świetne spektakle. Odważne, oryginalne, z dobrym kostiumem i scenografią, zaangażowane w opowiadanie ciekawej historii.
Zawsze przede wszystkim dbaliśmy, żeby w stwarzanie własnego świata na scenie odpowiedzialne były same dzieci. Żeby to nie były spektakle robione przez instruktorki dla innych instruktorek, bo w centrum teatru zawsze musi być młodzież. I tak jest do dzisiaj.
Co więcej – jeśli już jakiś zespół wkraczał w świat „Dzień Dobry Sztuko”, wracał w kolejnych latach. Niektórzy i niektóre biorą przecież udział w festiwalu niemal od samego początku.
To co prawda dwudziesta edycja, ale festiwal jest znacznie starszy, pomiędzy niektórymi przeglądami były kilkuletnie przerwy. Najpierw organizowaliśmy konfrontacje teatralne, potem przeglądy, obecnie jest to festiwal „Dzień Dobry Sztuko”. Można powiedzieć, że świętujemy teraz trzydzieści pięć raz wspólnego tworzenia świadomego, autorskiego teatru dla młodzieży. To zupełny ewenement, nie ma drugiego takiego teatru w Polsce, który od tylu lat współpracowałby z kilkudziesięcioma zespołami, miał własny festiwal i stałą widownię. W dodatku – na stronie Interteatr stworzyliśmy bazę nagrań około dwustu spektakli. Duża część z nich to właśnie najlepsze prezentacje festiwalowe z kolejnych edycji „Dzień Dobry Sztuko”.
Poszczególne grupy, które występują na festiwalach, funkcjonują w szkolnym rytmie, członkowie zespołu wymieniają się co kilka lat. Ale instruktorki zostają z nami na długo. Od samego początku współpracujemy z Hanią Szeląg, Grażyną Smolibocką, Beatą Bodzek, Joasią Napierałą. One wychowały już całe pokolenie teatralnej młodzieży.
A najmłodsze twórczynie i twórcy festiwalu mają często niespełna siedem lat.
W tej chwili występują dla nas zarówno mali, siedmioletni ludzie, jak i grupy dorosłych pięćdziesięcio-, sześćdziesięciu latków. Poznańskiej Fundacji Artystycznej udało się zbudować całe środowisko teatralne. Trudno znaleźć w Wielkopolsce kogoś, kto zajmuje się teatrem i nie słyszałby, nie dotknął, nie uczestniczył przez te lata w naszym festiwalu.
W teatrze przeprowadza się operacje na bardzo delikatnej tkance, na wrażliwości i często silnych emocjach. Szczególnie, jeśli pracuje się z dziećmi. To olbrzymia odpowiedzialność.
Najważniejsze, żeby ta teatralna maszyna zawsze była dla nich zabawą. Żeby czerpały z tego przyjemność, rozbudzały swoją wyobraźnię i kreatywność. Dlatego my zawsze staramy się mieć z teatru frajdę, mówić mu „dzień dobry”, żeby później opowiedzieć ze sceny o ważnych dla siebie rzeczach. Siedmiolatek też ma wiele rzeczy do powiedzenia o swoim świecie. Potem rośnie, staje się nastolatkiem, ma pełno problemów, z którymi muszą mierzyć się młodzi ludzie, ale wie już, że może je wyrazić i przepracować także dzięki i poprzez formę teatru. Tak dojrzewa z nami całe pokolenie teatralników.
A gdyby miał Pan wskazać jakiś aspekt tworzenia teatru dla dzieci i młodzieży, który przeszedł przez te lata największą metamorfozę, odpowiedziałby Pan, że..?
Właściwie… Zmieniło się wszystko! Najważniejsze, żeby młodzi artyści rozumieli, że mogą w teatrze mówić o sobie swoim językiem. Mogą wyrażać siebie poprzez plastykę, ruch, dźwięk. Teraz teatr korzysta z zupełnie innego poziomu abstrakcji, pojawiła się metaforyczność.
Trzydzieści czy dwadzieścia lat temu oglądałem naprawdę straszne spektakle, ale ich poziom nie wynikał tylko z braku narzędzi czy wiedzy prowadzących, ale przede wszystkim z tresury, jakiej poddawano wtedy dzieci. Dzisiejszy teatr jest bardziej otwarty na dialog i różnorodność. Musi być gotowy na ciągłe zmiany, musi ewoluować, korzystać z nowatorskich rozwiązań. Dlatego w czasie pandemii zorganizowaliśmy festiwal w formie online. Pojawiły się naprawdę świetne spektakle zespołowe ze szkół czy domów kultury, ale także prawie czterdzieści autorskich monodramów, w których każdy z tych młodych ludzi miał szansę samodzielnie zmierzyć z jakąś swoją opowieścią. Wokół same zawirowania, wszystko stanęło w miejscu, a teatr przez cały czas im towarzyszył.
Dlatego tak wspaniałe w całej historii festiwalu jest dla mnie to, że jego organizację przejmują teraz moi uczniowie, moi wspaniali artyści. To jest jego największą siłą. Oni też wytrwali przy teatrze. Robią go w pełni po swojemu, ja postanowiłem się nie wtrącać. Nawet jeśli będą popełniać błędy, do czego mają pełne prawo, będą to ich własne potknięcia. Dlatego ten festiwal ma szansę trwać i trwać, bo ciągle następuje wymiana energii twórczej. Ja już swoje zrobiłem. Postawiłem fundamenty, a teraz kolejni twórcy będą wytaczać po nich własne ścieżki, budować własny, autorski pomysł na teatr.
A jaki teatr ceni Pan najwyżej? Co dzisiaj na scenie najbardziej Pana porusza?
Każdy z nas jest niepowtarzalny, w związku z czym nie ma wspólnych kryteriów w odbiorze sztuki. To bardzo trudne, szczególnie, kiedy stajemy przed koniecznością oceniania i nagradzania spektakli. Dla mnie najważniejszy jest autentyzm. Teatr, na którym mi zależy, to taki, w którym młodzi artyści mają przestrzeń do własnego wyrazu, dorosły jest tylko ich opiekunem. Dorośli często odczuwają, nawet nieświadomie, potrzebę pełnej dominacji. I ugniatają tę młodzież, nadają im wzorce, foremki. Widać to szczególnie po młodszych dzieciach – kiedy pozwala się im zachować autentyczność, a kiedy manipuluje i zmusza do grania jak kukły. Z dziećmi trzeba rozmawiać, pytać je o zdanie. Najcięższym grzechem teatrów dla dzieci i młodzieży jest właśnie to, że dorośli tresują i nie słuchają swoich artystów. Tak mi się przynajmniej wydaje. Ale ja też nie pozjadałem wszystkich rozumów. Skupiam się po prostu na drugim człowieku i jego emocjach.
Teatr może być brudny, ma prawo mieć na wierzchu widoczne łaty, szycia, niepasujące do siebie materiały. W centrum musi być jednak zawsze prawda i autentyczność. W dodatku – wynikać z zabawy, nie z przemądrzałości pani instruktorki.
Co poradziłby Pan osobom, które szukają swojego sposobu na robienie mądrego, wrażliwego na potrzeby i emocje młodzieży teatru? Przed czym się ustrzegać, na co zwracać szczególną uwagę?
Zwalczać foremki! Żyjemy w świecie, w którym wszyscy udają coś nieprawdziwego. Większość dorosłych wymaga od dzieci, żeby już od najmłodszych lat wpasowały się w jakiś model. Problemem jest teatr, który zamiast je rozszczelniać, rozłupywać, decyduje się je afirmować. Nie wychodzi poza powierzchowność i fałsz. A przecież ważne jest tylko to, co w środku. Ten węzeł, który każdy młody człowiek w sobie nosi, da się rozwiązać tylko poprzez prawdę.
Dlatego do pracy w teatrze, szczególnie teatrze dla dzieci i młodzieży, powinni przychodzić najmądrzejsi i najwrażliwsi na świecie ludzie. Tacy, którzy potrafią pomóc dziecku się rozwinąć i otworzyć, ale też nauczyć tolerancji, zapewnić odpowiednie wsparcie emocjonalne.
Dzieci w teatrze muszą czuć, że są najważniejsze. My, dorośli, powinniśmy zejść z piedestału wszystkowiedzących staruchów, zaufać im, usłyszeć, co mają do powiedzenia. Dać szansę na znalezienie własnego miejsca w świecie.

